Witam!
W dzisiejszym odcinku relacja z FALLAS! Czyli największej fiesty jaką ma Walencja w ciągu roku :D
Fallas rozpoczęliśmy już dawno mascletami i rzucaniem petard gdzie popadnie, ale rzeczywiste świętowanie rozpoczęło się we wtorek 15 marca. Generalnie Fallas opisać można kilkoma słowami: mascleta (petardy o 14 w centrum każdego dnia), petardy, kiczowate rzeźby WSZĘDZIE oraz jeszcze raz petardy. Petardy rzuca każdy: młodzież, dzieci i starsi. Petardą bardzo łatwo można oberwać (raz mnie jedna prawie dopadła kiedy jechałam swoim valenbisi). Jednak to, co jest najlepsze w fallas to spalanie wyżej wymienionych rzeźb ze styropianu. Odbywa się to ostatniego dnia fallas. Dziwne, że nikt tego jeszcze nie zabronił! Rzeźba ma z 20-25 metrów wysokości, stoi na skrzyżowaniu ulic w bliskiej odległości od kamienic, ale co tam! Urządźmy sobie pożar! :D Hiszpanie zdają się mieć jednak wszystko pod kontrolą i paląca się wielka rzeźba po tylu latach nabierania przez strażaków wprawy prawdopodobnie nie stanowi zagrożenia. Generalnie tylko poparzyło nam trochę buzie, bo staliśmy w pierwszym rzędzie :D
Zacznijmy od początku. Każdy dzień polegał na imprezowaniu i świętowaniu, a potem na oglądaniu fajerwerków o godzinie 1 w nocy. A potem świętowania ciąg dalszy ;) We wtorek wyskoczyliśmy razem z grecką i włoską bandą na fajerwerki, a potem na Plaza de la Virgen na wielki botellón (który nigdy tutaj nie ma miejsca, ale w fallas mamy wyjątek). Potem pojedliśmy trochę churros con chocolate (w fallas obowiązkowe!) i pokręciliśmy się po mieście.
Wielka Madonna na Plaza de la Virgen, której "suknia" wyłożona będzie kwiatami (przyniosą je fallery)

Aggeliki i Sascha ;)

Nikosss

Botellón!




La Fallera :D


Zmęczeni łażeniem ;)

W środę pogoda jeszcze nie dopisywała, ale nie przeszkadzało nam to w wyskoczeniu na miasto, by pooglądać przechadzające się w pięęęknych sukniach fallery.
Kiczowate rzeźby znaleźć można na niemal każdej ulicy.


Fallery!



Mały faller ;)

:P

Kawka w bardzo przyjemnym kawiarnio-barze ;)


Zapada noc nad Walencją ;))

Z pozdrowieniami dla fanów Mestalli ;) Mijam ją niemal codziennie :D

Po krótkim odpoczynku w domu - impreza u Francesca, chłopca z dredami :D


I w miasto, bo przecież punkt pierwsza w nocy - fajerwerki!
Arthur i Thib czyli Francuziki :P

Nie ma to jak sylwester przez pięć dni pod rząd... :P

Po fajerwerkach, jak każdego dnia, botellón! Czyli wszyscy piją wszędzie.


Następnie kierujemy się na jedną z wielu dyskotek, które w fallas odbywają się na ulicach.


"TAŃCZ CLAUDIO, TAŃCZ!!!"

Odpowiedź Claudia :D


Czwartkowy poranek okazał się zaskakujący. Nieczęsto bowiem wychodząc rano z pokoju natrafiam na irlandzko-holenderską imprezę. Otóż okazuje się, że 17 marca przypada dzień św. Patryka! :P No nic, było bardzo wesoło, a na śniadanie zjadłam jedną z potraw Andy, która wszystkich powala swoim talentem kucharskim :P
"Ooo, Monika wstała"


Jurema się nie chowa przed zdjęciem!!! Sukces! :D (to chyba zasługa Aniora :P)


Ariel też przestał bać się aparatu, patrzcie jaki odważny :D

Andy już szaleje ;)

Towarzycho ;)

Koło 20 czas wyjść poświętować Fallas. Znowu naoglądaliśmy się przechadzających się faller oraz nasłuchaliśmy się wszechobecnych bębniarzy.
Małe fallerki.

Oraz te duże.





Ozdoby na każdej ulicy.



Madonna prawie cała w kwiatach.


Leonidas i pan potwór.

Kolejny punkt programu - koncert reggae w Kafcafe, czyli popularnym barze na Benimaclecie.

Obaj panowie mocno utalentowani.

Otrzymaliśmy informację o czekającej na nas PAELLI. :D Nie zastanawialiśmy się ani chwili i ruszyliśmy z Mateuszem na polsko-włoską kolację :D Paella była znakomita!




Potem już standardzik - fajerwerki.

I botellón jeszcze raz!



Ostatni punkt programu to dyskoteka w stylu reggae. ;) Bardzo przyjemny klimat!


Potańcowaliśmy trochę z chłopakami murzynami i wróciliśmy do domu! :D
Więcej w części drugiej ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz